Przelecieć Śnieżkę na tłusto - osobista relacja

Relacja USR FatTrio

Fatbajkiem posiąść Śnieżkę. Szczytować z Królową Gór ten jedyny raz w roku, na tłusto! Szaleńczy pomysł, który jednak okazał się sukcesem i niesamowitą przygodą. Postanowiliśmy podzielić się naszymi wrażeniami z wyjątkowej imprezy - Uphill Race Śnieżka!

 

 

Na tłusto po raz pierwszy: Michał

“Jednym z pięciu filarów religii muzułmańskiej jest pielgrzymka do Mekki, która powinna odbyć się przynajmniej raz w życiu. Sekta kolarzy górskich oraz jej radykalny odłam Fatbike, od dziś również mają swoją Mekkę, której na imię Śnieżka i ich powinnością powinno być jej zdobycie choć raz na tym łez padole.

Zaiste ja już swoją podróż do Ziemi Świętej odbyłem..13km i ciut ponad 1000m w pionie. Płuca wyplułem, diabłu się pokłoniłem, ale ostatecznie duszy nie sprzedałem. I cały ten trud na fatbajku dokonałem. Baaa, wiem już, że w przyszłym roku znowu podejmę wyzwanie rzucone przez wietrzny szczyt Śnieżki.

Tymczasem muszę się z Wami podzielić moją historią, która być może będzie dla Was inspiracją.

Wszystko zaczęło się od pomysłu redakcyjnego kolegi Ryszarda, który magiczną górę zdobywał już nie raz. Tym razem jednak propozycja była bardziej egzotyczna niż wyprawy Cejrowskiego. Zdobyć szczyt Śnieżki na Fatach, wspólnie - we trójkę. Uzasadnienie jest wyjątkowo proste - na fatach będzie mimo wszystko łatwiej i bezpieczniej, bo na szerokiej gumie nie trzeba szukać odpowiedniej ścieżki na postrzępionej brukowanej autostradzie. Jedynie trzeba napierać i przepchać tłustego strucla...przynajmniej w teorii :) :).

Jak się bawić to na całego, a jak dotąd to właśnie jazda na “tłustym” generuje u Nas wyraźny skok adrenaliny.Nie inaczej było tym razem..

Karpacz przywitał mnie i Bartka resztkami upału, który w sobotę doskwierał turystom oraz niesamowitym maratończykom, którzy zdecydowali się na udział w biegowym uphillu “3xŚnieżka”. Szacun dla wszystkich!

Relacja USR Michal 02Niedzielny poranek był za to całkowitym przeciwieństwem dnia poprzedniego, może za wyjątkiem deszczu, który siąpił od świtu. Temperatura spadła z 35 do 12 stopni...Miodzio!

Start zlokalizowano tradycyjnie w dolnej części Karpacza przy szkole. Oprawa jak zwykle perfekcyjna w przypadku imprez u Pana Grabka. Paradując na fatbikach wzbudziliśmy z miejsca zainteresowanie wśród startujących. Najpiękniejszy komentarz jaki usłyszałem, poprzedzony ironicznym uśmiechem: “....Serio?!”

Na szczęście dla Nas, nie byliśmy jedynymi śmiałkami, którzy tego dnia rzucili Śnieżce tłustą rękawicę. Jeszcze jeden rycerz zamienił cienką kiszkę na grubaśną oponę. Trzeba Wam wiedzieć, iż pomocną dłoń zapewnił Head-Polska użyczając kilka doskonałych tłuściochów Head Randall.

Kwiat polskiego rycerstwa ruszył, w tym 4 fatbajki. Od razu pod górę, główną ulicą Karpacza aż do “umownego” startu ostrego spod Świątyni Wang. Nie będę ukrywał, moja waga 100+ bardzo szybko ustawiła mnie na samym końcu peletonu. Lżejsi i lepiej dysponowani redakcyjni koledzy pognali do przodu. Przywilej przewozu tzw. “czerwonej latarni” na szczęście trwał krótko, tylko do wrót Karkonoskiego Parku Narodowego. Niemal 20% nachylenie momentalnie sprowadziło słabszych zawodników do parteru i zmusiło do prowadzenia roweru “z buta”.

Ja zagryzłem zęby, wrzuciłem z tyłu “płytę” 42T fenomenalnej kasety Sunrace i mozolnie, ale konsekwentnie począłem wtaczać się pod górę. Obiecałem sobie: “żeby nie wiem co, nie zsiądę z roweru”.

Relacja USR Michal 03

Nie będę ukrywał, że budującym dla własnych możliwości, był widok ludzi drepczących obok swoich jednośladów już na samym początku wspinaczki. Chmm...może nie będę ostatni? Swoją szansę upatrywałem również w tym iż oszalałe tętno zdążyło się ustabilizować na jakiś 180-190 bitach :). Pomógł równy oddech i kręcenie “na okrągło” a nie przepychanie “na kwadrat”.

Pierwszy kryzys miał miejsce...chmm...chyba w połowie trasy tuż za pierwszym bufetem, ale udało się go przetrwać. Jechałem cały czas własnym tempem, nie próbowałem ścigać się fatem z pozostałymi uczestnikami poruszającymi się z podobną prędkością. Znalazły się nawet chwile na żarty, gdy dwójka “spacerowiczów” notorycznie wsiadała na rumaki w chwili, gdy do nich dobijałem i swobodnie uciekała parędziesiąt metrów by znowu dreptać obok rowerów. Ostatecznie jednak górą byłem ja w tej nierównej walce.

Zjazd do Domu Śląskiego - jedyny taki fragment na trasie, to wbrew pozorom była męczarnia na facie. O ile Bartek śmigał tam 50km/h to ja ograniczyłem się do 20-30. Na sztywnym widelcu, na papierowych oponach, jazda po śliskich kamieniach była dla mnie zbyt ryzykowna i wyczerpująca.

Finałowy podjazd na szczyt skryty był w białym kobiercu, który momentami odsłaniał przepiękny, choć surowy krajobraz Królowej Polskich Gór.

Relacja USR Michal 01

Był to równocześnie najprzyjemniejszy i najbardziej budujący fragment trasy, gdyż otrzymałem mnóstwo ciepłych słów od turystów oraz wracających ze szczytu kolarzy. Najtrudniejsze było jednak nadal przede mną. “Jeszcze 250m! Dasz radę, jeszcze chwila i koniec” - taki tekst słyszałem najczęściej w ostatniej fazie. To chyba najdłuższe 250m jakie w życiu jechałem. Miało jakieś pół kilometra. Wtem brukowana droga wypłaszczyła się skręcając w prawo. Zali wżdy upragniony koniec! Nic z tych rzeczy…. Jeszcze gorsza sztajfa. Ledwo ciągnę...Jeszcze jeden zakręt w lewo na którym zawodnik przede mną spojrzawszy w górę, pokiwał z głową i zsiadł z roweru. Przepchnąłem i ten, było warto, bo 50 metrów dalej był już finisz. Linię mety przekroczyłem głośno krzycząc… taki łabędzi śpiew tłuściocha. Pan Grabek gonił mnie z medalem krzycząc wymownie: “To już koniec! Stój! Dalej już Czechy :) :)...

Nie śmiejcie się proszę, ale uroniłem łzę. Dla mnie to był wyczyn, wtoczyć tłuste dupsko na tłustym kole. Wiem tylko jedno - to dopiero początek. “I’ll be back” - cytując Terminatora.

P.S Na sam koniec, chciałbym podziękować nieobecnemu reżyserowi mojego wjazdu na Śnieżkę - małżowinie Małgorzacie Ś., która oprócz "zielonego światła" włożyła całe swoje serce i cierpliwość podczas mojej nieobecności. Dużego "lajka" otrzymuje także moje tłuste serce, które wytrzymało głupie pomysły swojego właściciela...oby nie ten jedyny raz :) :).

 

Na tłusto po raz drugi: Bartek

“Uphill Race Śnieżka to magiczna impreza, która raz w roku roztacza szansę zmierzenia się z Królową Karkonoszy nie z buta, lecz na dwóch kółkach. Znudzony już nieco „trudami” ścigania się po płaskim Mazowszu postanowiłem podjąć rękawicę i spróbować swoich sił w jeździe pod górę.

Termin imprezy ujawniono ze stosunkowo niewielkim wyprzedzeniem, więc ktoś kto nie trenował sumiennie od początku roku, miał mało czasu na nadrobienie zaległości. Właśnie do tego grona niesystematycznych zawodników zaliczam się ja. Rozpaczliwe próby zwiększenia swojej górskiej wydolności przed imprezą najczęściej przeprowadzałem na warszawskiej Agrykoli. Te kilkanaście treningów to niezbyt wiele, ale chociaż psychicznie poczułem się mocniejszy. Dobre i to.

Dzień zawodów. Linia startu zlokalizowana była w centrum Karpacza. Pogoda była co najwyżej średnia. 12 stopni i gęsta mżawka skutecznie mogła zepsuć humor tym mniej odpornym. Dla mnie to idealna temperatura do ścigania, a deszcz… no cóż po chwili i tak przestał padać. Cały nasz team zdecydował się na start oczywiście na tłustym kole. Mimo że można było nawet w ostatniej chwili zamienić swój zwyczajny rower MTB na fata, to poza jedną osobą nie było więcej śmiałków na taki ruch. Szkoda, bo na pewno rywalizacja byłaby zdecydowanie bardziej ciekawa jak i wymagająca.

Relacja USR Bartek 01

Na starcie stanąłem bliżej końca stawki. Nie było sensu pchać się na początek. Wielkie i ciężkie koła wymagają szacunku i więcej rozwagi bynajmniej w jeździe pod górę. Zacząłem delikatnie i w miarę możliwości planowałem śrubować swoje tempo. Zdecydowanie najtrudniejszą częścią wyścigu były dla mnie pierwsze kilometry. Długo nie mogłem wkręcić się na właściwe obroty, mimo to udało się wyprzedzić dość sporo osób jak również moich kolegów na fatach, którzy mają znacznie większe doświadczenie w ściganiu się po górach, tym większa była moja radość. Gdy pożegnaliśmy asfalt i wjechaliśmy w kamienistą sekcję dopiero odżyłem. Poczułem większą moc a po około 10 minutach jazdy ujrzałem zawodnika na wypożyczonym facie od heada. Postanowiłem nieco zwolnić i pojechać trochę za rywalem żeby zweryfikować jego tempo i możliwości. Upewniłem się, że dam radę go wyprzedzić. Zebrałem jeszcze trochę sił i ruszyłem do ataku nie oglądając się za siebie. Mocniejsze tempo skutkowało wyprzedzaniem coraz większej ilości osób, którym jestem wdzięczny za niesamowity doping jakiego doświadczyłem. Prawdziwa przewaga fatów ujawniła się na krótkim odcinku zjazdu gdzieś w drugiej części dystansu. Poczucie bezpieczeństwa i niesamowita stabilność na kamienistym podłożu pozwoliły rozwinąć skrzydła i wręcz przefrunąć ten fragment z prędkością  przewyższającą 50km/h. Wszystko co dobre szybko się jednak kończy i po chwili znów wspinaliśmy się pod górę. Gdy ujrzałem Dom Śląski myślałem, że właśnie tam znajduje się meta. Wszyscy jednak jechali dalej. Podniosłem wyżej głowę i zrozumiałem, że to nie koniec a najgorsze jeszcze przed nami. Po kilku minutach zmęczony, ale szczęśliwy dotarłem na szczyt. W klasyfikacji fatbike udało się zająć 1 miejsce i przy okazji wyprzedzić około 150 zawodników na standardowych rowerach, co uważam za sukces.

Relacja USR Bartek 03

Tak właśnie wyglądała moja droga na szczyt.

To historyczna chwila, bo Śnieżka została zdobyta pierwszy raz na fatach, a ja miałem ogromne szczęście bo mogłem być pierwszym współautorem tego wyczynu. Niech to będzie preludium do popularyzacji tego wyjątkowego, rowerowego odłamu.”

Relacja USR Medal

Relacja USR Podium

 

Na tłusto po raz trzeci: Ryszard

Dla mnie zawsze ona jest królową. Ona, czyli Jej Wysokość Śnieżka. Majestatycznie wznosząca się nad Karpaczem, od dawna stanowiła dla mnie wyzwanie, tak piesze, jak i od pewnego czasu rowerowe. W przeciwieństwie do moich timowych kolegów dla mnie był to już kolejny wjazd. Zresztą od kilku lat ich namawiałem do zmierzenia się z tym szczytem i w końcu się udało. Zwłaszcza, że zbiegło się to z innym pomysłem, mianowicie wjazdem na szczyt na fatach. Bo takie było też nasze wstępne ustalenie… jedziemy na tłuściochach. Nie ukrywam, że miałem pewne wątpliwości, co do realizacji przeze mnie tego przedsięwzięcia. Znałem doskonale trasę, siebie, ale nie wiedziałem jak na ciężkich. tłustych kołach poradzę sobie na całym podjeździe, zwłaszcza, że są na nim ciężkie odcinki. I jeszcze jedna istotna kwestia. Ostatnie wjazdy na szczyt miały dla mnie jedne zasadnicze założenie, mianowicie, wjechać na szczyt w siodle, nie stawiając od startu nogi na ziemi, nie wspominając o pchaniu roweru. Do tej pory mi się to udawało, dlatego tym razem poprzeczka nie mogła powędrować niżej.

Relacja USR Ryszard 01
Przygotowania dotyczyły w zasadzie tylko roweru, zwłaszcza napędu. Kaseta Sunrace 11-42 okazała się trafnym wyborem, bo w najtrudniejszych momentach pozwalała na jazdę w żółwim tempie, ale nadal.. jazdę! Napęd Sunrace świetnie się spisał, zresztą nie tylko podczas tego uphillu, ale podczas dotychczasowej eksploatacji. Przed i w dniu startu niepokoiły tylko prognozy pogody. Burze i opady deszczu nie nastrajały optymistycznie, zwłaszcza, jeśli zna się zmienność i dynamikę pogody na tej trasie. Jednak mimo całonocnych opadów i porannym deszczyku, po starcie z góry było już sucho, a na trasie przecież błota nie było jedynie, co to mokre kamienie. W zasadzie moja jazda była bez sensacji. Od startu własne tempo i w tle tylko obawy, że w miarę narastającego zmęczenia ostatnia faza trasy może być bardzo trudna do pokonania w siodle. Do Wangu bez problemu, później już na słynnej niesformatowanej kostce też nie było źle.

Relacja USR Ryszard 02

Problemy zaczęły się przed szczytem, tam brakowało już świeżości i mocy, ale za to była motywacja. I udało się…wjechałem na szczyt w siodle! Bólem była strata bidonu, najprawdopodobniej na wypłaszczeniu przed Domem Śląskim i ostatni odcinek pokonywałem o suchym… To nie było dobre. Na szczycie wszystkie grzechy zostały odpuszczone a ja znów doświadczyłem to uczucie pokonania…samego siebie. Radość, że się kolejny raz udało i to na tłuściochu, który zasiał tyle wątpliwości w mojej głowie. A żeby było ciekawiej, to okazało się, że pobiłem mój życiowy rekord o 17 sekund.

Relacja USR Ryszard 03
Wszystkie cztery startujące faty wzbudzały od startu do szczytu zainteresowanie praktycznie każdego, od kibiców po uczestników wyścigu. Bardzo interesująco wpisały się w tą świetnie zorganizowaną imprezę Maćka Grabka. Po raz pierwszy utworzono na Uphill Race osobną klasyfikację Fatbike Open. Ma tak pozostać w następnych edycjach "URŚ". I jakby nie patrzeć, były to oficjalnie pierwsze faty na Śnieżce! A ja byłem pierwszym dziadkiem, który wjechał na szczyt fatbajkiem i mam, czym się chwalić wnukom. Zachęcam wszystkich do zmierzenia się w przyszłym roku fatem ze szczytem Śnieżki.  Było podium, trofea sportowe (także od fatbike.com.pl) oraz ciekawe nagrody rzeczowe od sponsora tłustych wyścigów – firmy Aljot, m.in. przedstawiciela Kendy.

Wszyscy fatbajkowcy byli szczęśliwi, a pierwszy zdobywca Bartek z radości ucałował ramę swojej świetnej zwycięskiej maszyny - Silverbacka Scoop Double. Nikt z nas nawet przez chwilę nie miał wątpliwości, żeby wrócić tu za rok...

Czy ja za rok znów wystartuję? Nie wykluczam, że także tłuścioszkiem, ale będę bogatszy o tegoroczne doświadczenie i kolejny rok fatbajkowych doznań. Poza tym w takim bardzo zacnym i elitarnym towarzystwie :)

 Michał Śmieszek, Bartosz Bidas i Ryszard Biniek