XXVII Uphill Race Śnieżka na tłusto

śnieżka 20178

Rok upłynął szybko i ponownie zawitałem na zawodach Uphill Race Śnieżka w Karkonoszach, ale tym razem na tłustym rowerze. To już 27 edycja tej wyjątkowej imprezy, gdzie wyjeżdżamy na najwyższy szczyt całych Sudetów, najwyższy szczyt w całych Czechach i wreszcie najwyższy szczyt w Polsce, na który można wjechać rowerem bez dotknięcia nogą ziemi. Po raz pierwszy też startowałem w barwach fatbajkowego Teamu, który reprezentowaliśmy w trójkę. Zapraszam na moja relację.  

 

Karpacz przywitał mnie całkiem ładną pogodą, choć wiał dość silny wiatr. Przybyłem tam dzień przed zawodami, w sobotę. Był więc czas na ostatnie strojenie tłuściocha, smarowanie i ostateczne ustawienie ciśnienia w oponach - ważna rzecz na tą pozornie równą drogę. Był też czas na relaks, choć ten wykorzystałem niewłaściwie, wybierając się pieszo w góry. To nie mogło na pewno pomóc w osiągnięciu lepszego wyniku, ale jak miałem odmówić moim przyjaciołom, którzy przyjechali tu specjalnie żeby mnie dopingować? Cóż, to niby tylko 12 km, do tego w większości w dół, ale... Było skorzystać z wyciągu.

Noc minęła spokojnie, dopiero nad ranem drobny stres nie pozwalał za bardzo spać. Do głowy ciśnie się co raz więcej mysli, jaką przyjąć taktykę, na ile faktycznie jestem przygotowany, czy wczoraj nie przesadziłem. Co najmniej jakby to coś jeszcze maiło zmienić. Lepiej przerwać bezsensowne rozważania i poprostu wstać. Pierwsza czynność po podniesieniu z wyra to kierunek okno i kontrola pogody. Wygląda dobrze. Jednynie nadal wieje wiatr. Moi kibice ruszyli wcześniej na wyciąg na Kopę, a ja, po wygramoleniu w kierunku deptaka w Karpaczu. Szybko łapię kontakt z kolegami teamowymi. Każdy robi krótką rozgrzewkę i jazda na start. Udaje się zająć miejsce blisko czołówki, co tutaj nie jest bez znaczenia. Początek trasy obfituje w zwężki, na których można sporo stracić, a przecież każdemu z nas zależy choćby na poprawie swojego wyniku. Ja liczę, że uda mi się nawiązać walkę z moim młodszym kolegą, choć raczej twardo stąpam po ziemi i jestem realistą...

śnieżka 20171

Wybiła godzina 10.00 i ruszamy! Wygląda to jak Meksykańska Fala, kiedy kolejni kolarze stają na pedały. Poczatkowe kilkaset metrów to coś w rodzaju rundy honorowej i dalej ogień! Myślałem, że uda mi się utrzymac na kole naszego teamowego lidera choć przez chwilę, ale Bartosz wyrwał do przodu pozbawiając mnie złudzeń. Za to ja zostawiam naszego najstarszego kolegę i skupiam się już wyłącznie na swojej jeździe. Podobnie jak przed rokiem, odcinek asfaltowy jadę spokojnie i oszczędzam siły. Wyprzedza mnie sporo osób, niestety ja raczej niewiele. Zastanawiam się tylko ile Fatów jedzie i gdzie one są? Po za Naszymi teamowymi, początkowo miały być jeszcze 3, ale tuż przed wyścigiem widzieliśmy na liście już tylko jednego. Mniejsza o to, bo właśnie kończy się asfalt i zaczyna podjazd obok Wanga. Tak jak przed rokiem, spore nachylenie w tym miejscu zaczyna przesiewać stawkę, a ja zaczynam częściej wyprzedzać niż sam bywam wyśmigany. Ale przyznam, że mi też lekko nie jest. Bardzo się cieszę, kiedy dojeżdżam do lżejszego odcinka i mogę nieco odsapnąć. Zaczynam nawet przyspieszać. Chyba wreszcie łapie drugi oddech i odpowiedni rytm. Powiewy wiatru w tym miejscu jeszcze raczej pomagają. Najgorsze zacznie się gdzieś od siódmego kilometra.

śnieżka 20174

Powoli docieram w okolice Strzechy Akademickiej. To chyba najtrudniejszy odcinek trasy - 3 km ciągłego, stromego podjazdu. Do tego jeszcze silny wiatr, który wybija z rytmu i w większości duje prosto w twarz. Przy okazji stwierdzam, że moje najmocniejsze przełożenie jest bardziej wymagające niż w rowerze, na którym startowałem rok temu. Nagle słyszę z boku: "Trzeci Fat Bike! Dawaj! Do nastepnego masz niedaleko!" O! Wreszcie wiem który jadę! To już coś, choć zakładałem, że to "niedaleko" to jednak daleko. Kawałek dalej, obok schroniska korzystam jeszcze z bufetu i przy okazji zastanawiam się, jak oni pozbierają te plastikowe kubki na takim wietrze? Pewnie wiele z nich dawno pofrunęła do Karpacza. Przynajmniej będą mieć mniej roboty. Łyknąłem wody i powoli zbliżałem się do Równi pod Śnieżką. Jak sama nazwa sugeruje, będzie płaskacz i odpoczynek dla rozpalonych do czerwoności nóg. I tu zaskoczenie! Fata Morgana, czy może jednak wzrok mnie nie myli? Widzę jakieś 200 m przede mną Bartosza. Co chwilę wstaje na pedały, robi dwa mocniejsze obroty i ponownie siada. Jakieś problemy techniczne, czy kryzys? Kolega nie spał od ponad 20 godzin i przyjechał prosto na zawody, więc miał prawo do słabszej chwili. To zmotywowało mnie żeby trochę podkręcić tempo i go dogonić. Plany wykonałem z nawiązką i wyprzedziłem teamowego lidera. Tego się nie spodziewałem.

śnieżka 20172Wjeżdżam na Równię pod Śnieżką, skręt i teraz wiatr zaczyna nawet nieco pchać, choć trochę spod kąta. Robię jeszcze szybki łyk i rura! Po chwili nachylenie jest takie, że nie trzeba nawet pedałować, a i tak osiągamy grubo ponad 50 km/h! Szkoda tylko, że to taki krótki przerywnik. Zaraz w okolicach Domu Śląskiego ponownie zaczyna się wspinaczka. Łapie swoje tempo i kontynuuję jazdę w kierunku szczytu. Tutaj nieco pomaga dopychający wiatr. Ale czuję też oddech kolegi na plecach,a to działa w drugą stronę. Wyraźnie dostał motywacji, kiedy go wyprzedziłem. Wiedziałem, że ostateczna walka na pewno rozegra się gdzieś przed samym szczytem. Miałem oczywiście własny plan, ale szybko został skorygowany przez opuszczające mnie siły. Na ostatnich metrach Bartosz zaatakował i ostatecznie dojechałem do mety jako trzeci Fat Bike, ze stratą 2 sekund do kolegi i blisko 20 minut do zwycięzcy tłustej kategorii. Kilkanaście minut po mnie, do mety dojeżdża trzeci z nas - Ryszard. Dodam, że oczywiście bez dotknięcia nogą ziemi, co dla wielu dużo młodszych zawodników nie było takie oczywiste. Nasz najstarszy kolega jest klasyfikowany w kategorii M6! Mam nadzieję mieć taką kondycje za... 20 lat. Wyrypa zakończona! Czuję, że dałem z siebie 100%, a może nawet więcej. Gdybym miał jeszcze wykonać kilka obrotów korbą, chyba bym umarł na miejscu.

śnieżka 20175

Pozostało czekać na wyniki, które dostajemy poprzez wiadomość SMS. Mój rezultat przeszedł wszelkie moje oczekiwania! Swój zeszłoroczny czas poprawiłem o ponad 10 minut, choć jechałem na cięższym rowerze i w trudnych warunkach - wiatr osiągał w porywach nawet do 100 km/h! Ludzie spadali z rowerów, kiedy dostawali taki strzał z boku. Ostatecznie zająłem miejsce w Open: 164, w M4: 22 i Fat Bike: 3. Czas: 1:27:06. Tego się nie spodziewałem. Progres w stosunku do zeszłego roku olbrzymi, jak na "podstarzałego nastolatka" (tj. lat 40+) i amatora. Mogę uznać swój występ za bardzo udany, choć można jeszcze sporo poprawić. Przy okazji wspomnę, że cała nasza trójka odnotowała lepsze wyniki od dotychczasowych. Chyba każdy z nas może być zadowolony, choć te blisko 20 min. do lidera daje do myślenia... ;)

śnieżka 20176

Wracamy pod Dom Śląski, gdzie zlokalizowano popas i oczekiwanie na powrót. Niestety nie można jehać indywidualnie, trzeba czekać. Podobnie jak przed rokiem, dla mnie to chyba najgorsza część imprezy. Silny i chłodny wiatr nie pozwala na komfortowe spędzenie tego czasu. Dodatkowy ubiór niewiele poprawia. Najlepsza metoda to dać nura do Kosodrzewiny i się nie wychylać aż do zjazdu. Przy okazji mamy przyjemność porozmawiać z zawodnikiem, który miał jechac na Facie, ale w ostatniej chwili zrezygnował - pozdrawiam. Po godz. 13-ej, wreszcie ustawia się samochód bezpieczeństwa i możemy ruszać na dół. Gdzieś w połowie trasy musimy się rozebrać,bo taka jest różnica temperatur między górą a dołem! No i niżej tak nie wieje. Spokojnym tempem docieramy do deptaka w Karpaczu. Czas na posiłek, złocisty napój z pianą i świętowanie pierwszego w moim życiu podium. Mam 100% satysfakcji z osiągniętego wyniku i już myślę, jak sie przygotować do następnegop roku. Może uda sie urwać kolejne 10 minut?

śnieżka 20177 

Maciej Paterak