Beskid Śląski na tłusto

5

Ostatni weekend zapowiadał się prawdziwie zimowy i pod znakiem słońca. Takiej okazji zmarnować nie można! Ruszyliśmy w Beskid Śląski, żeby zdobyć Skrzyczne i konkretnie pojeździć po śniegu. Białego puchu tej zimy niewątpliwie brakowało, więc trzeba było wykorzystać obecność wyżu znad Rosji i wspiąć się na słuszną wysokość. Trafiliśmy w przysłowiową dziesiątkę, to też następnego dnia była dokładka...

Wyprawę rozpoczęliśmy od parkingu w Lipowej przy Hotelu "Zimnik" - wymowna nazwa. ;) Jest tam bardzo przyjazna droga dla rowerzystów, którzy chcą zdobyć najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego, bez tłumów ludzi, w ciszy i spokoju, choć teraz solidnie zasypana. Ale to nas bardzo cieszy, w końcu nie po to zabieramy Faty, żeby jeździć po asfalcie. Szybkie gramolenie i ruszamy powoli od góry. Początek trasy płaski i z mocno ubitym śniegiem. Jest bardzo przyjemnie i mroźno: -10 st. Jednak odczuwalnie zupełnie ciepło. A może nam się tak wydaje, bo nabierając wysokości szybko się rozgrzewamy.

2

Ekipa w ilości sztuk 3 podąża razem, przynajmniej na obecnym łatwym odcinku. Niestety, Skrzyczne to nie Kozia Górka czy Rowokół, więc nachylenie rośnie, a wraz z nim trudność podjazdu. Po ok 2 km kończy się sielanka, a zaczyna praktycznie nieubita trasa. Dopóki płasko, nie stanowi to problemu. Ale kiedy "kiepa" rośnie, koła zaczynają buksować i ślizgać się. Jeszcze gorzej po zjeździe bardziej na bok, bo toniemy w półmetrowym puchu. Niby to Faty, ale coś słabo nam idzie na stromym... 

4

Chyba dawno nie jeździliśmy po prawdziwym śniegu, stąd takie problemy. Ciśnienie w oponach! Niby oczywista oczywistość, a tak jakoś o tym nie pomyśleliśmy i na "kamieniu" podążaliśmy. Jednak trudność trasy wymusza kombinowanie, bo nie da się jechać non stop na uślizgu. Zbyt wiele pary idzie w gwizdek, a ta szybko staje się towarem deficytowym. Tak więc opuszczamy, aż do wartości rzędu 0.3 bar. Byle obręcz nie dobijała do opony na nierównościach. Efekt jest znakomity! Można ruszyć bez problemu pod stromą górę, czy przejechać po kopnym śniegu niemal bez uślizgu. 

3

Ciśnienie nie jest jedynym problemem. Czasami inne mechanizmy odmawiają posłuszeństwa, jak choćby moja przerzutka. Nie wiedzieć czemu, nagle coś się przestawiło jakby o jeden bieg w górę. Stanowcza reakcja obuwiem szybko przywraca porządek... ;) Chyba jakaś chwilowa niedyspozycja. 

Trasa jest mi dobrze znana, choć tylko w wydaniu letnim. Jednak bez trudu rozpoznaje miejsca, które przemierzam. Bez tej wiedzy łatwo o pomyłkę, choć w dobie GPS to się zdarzyć nie powinno. Wyrobione ślady czasem mylą moich kolegów i muszę pilnować trasy. Na szczęście, te wszystkie alternatywne drogi są praktycznie nieprzejezdne z różnych powodów (nachylenie, głęboki śnieg), więc spokojna moja rozczochrana. Za to od połowy trasy zaczynają się piękne widoki i fotogeniczne miejsca. Dobry powód, żeby odpocząć. ;) 

6

7

Nasz teamowy lider - Bartek - jak zwykle podkręca tempo. Nie przeszkadza mi to, ale ja przyjąłem na siebie rolę przewodnika, jako miejscowy i staram się o utrzymanie grupy w całości. Mimo pięknego dnia, podobnie jak na skitourach, czy po prostu podczas wspinaczki w górach, stosuję zasadę dostosowywania tempa do najwolniejszego  uczestnika wyprawy. Tak dla bezpieczeństwa. Szlak, a raczej droga od strony Lipowej, nie należy do mocno uczęszczanych. To duży plus, ale choćby z racji tego należy trzymać się razem. 

12

222

Wspomniałem o skitourach nieprzypadkowo. Taka tłusta wyprawa ma wiele cech wspólnych z tą odmianą narciarstwa i jest równie ekscytująca. Widoki, ucieczka od cywilizacji, wysiłek i na końcu nagroda w postaci posiłku w schronisku górskim i długiego zjazdu. Niestety, dziś mimo pięknej aury, smog skutecznie utrudnia podziwianie górskiego krajobrazu. Wisienką na torcie miał być widok na Tatry, ale te były praktycznie całkowicie zasłonięte przez szarą chmurę. Również ilość ludzi w schronisku była mało fajnym zaskoczeniem. Ale to wszystko drobiazg. Cieszymy się z osiągniętego szczytu, a ja jeszcze bardziej w duchu, że koledzy, mimo trudnej wspinaczki, mieli duże rogaliki na twarzy. Ostateczną decyzję gdzie pojedziemy podjąłem ja... ;) 

8

Ciasta i zupki skonsumowane, baterie doładowane, czas na zabawę, czyli długi zjazd. Ostatnie regulacje ciśnienia w oponach i ogień! Ku mojemu zaskoczeniu, w zimie bez trudu można pokonać miejsca, które latem ze względu na duże kamienie, są niemal nie do przejechania. Po za tym, jak człowiek wyłoży się na głęboki puch, ma z tego zabawę, a nie siniaki i rysy na skórze. ;) Suniemy na pełnej prędkości, jest radocha, ale niestety od pewnego momentu muszę sporo pedałować. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby koledzy nie zaczynali mi odjeżdżać. Patrzę na przednie koło, a tam flak. No tak! Przedobrzyłem z tym rozrzedzeniem atmosfery i pewnie złapałem "snejka". Kompletnie nie chcę mi się z tym grzebać, kiedy do końca trasy jest może 2 km. Przenoszę ciężar maksymalnie na tył i mocno pedałuję. Tylko taki kapeć generuje strasznie duży opór. Staram się jak mogę, ale zostaje mocno z tyłu. Pokonując kolejne zakręty, mam nadzieję, że to już ten ostatni. Trochę ich jeszcze przejechałem, zanim zobaczyłem upragniony parking z moim samochodem. Dzisiejsza wyprawa zakończona! Uff... ;) 

111

Wycieczka wszystkim bardzo się spodobała, tylko mocno wyczerpała zasób sił. Szkoda byłoby jednak nie zrobić niczego w niedzielę, skoro pogoda miała być równie piękna. Koledzy przejechali kawał drogi, więc postanowiliśmy zaliczyć Szyndzielnię. Jednak poszliśmy na łatwiznę i skorzystaliśmy z ledwie co zmodernizowanej gondoli. Uznaliśmy, że dziś unikamy większego wysiłku i tylko sobie pozjeżdżamy. Szybko meldujemy się przy kasie i dostajemy specjalny karnet 3-wyjazdowy, choć w naszym przypadku był on na jeden transport trzech osób. Koszt takowego to 48 zł.

9

10

Jak wygląda transport? Wieszamy rower za koło na haku gondolki i wsiadamy do środka. Co ciekawe, wiele osób stoi na peronie, ale z bliżej nie wyjaśnionego powodu nie wsiadają z nami do środka. Przynajmniej tłoku wewnątrz brak... :) Kilka minut jazdy i już jesteśmy tuż pod szczytem Szyndzielni. Postraszyłem jeszcze kolegów, wskazując stromy podjazd, że teraz jeszcze mała wspinaczka, po czym ruszyliśmy czerwonym szlakiem w dół. Warunki na nim znakomite! Zarówno na tłusty rower, jak i na narty. Gdyby nie ilość wędrujących turystów, można by rozwijać konkretne prędkości. Ale i tak nie narzekamy, dało się pocisnąć! 

Postanawiamy powtórzyć to jeszcze ze dwa razy, ale na dole trafiamy na olbrzymią kolejkę. Odpuszczać nie zamierzamy, jednak pomysł ewoluuję do zaledwie jednego wjazdu. Przy okazji Bartek wymyślił, żeby zjechać pod samą gondolką... Trasa z góry wygląda niewinnie, ale nachylenie sięga tam 60%! Nie ma szans, aby dało się kontrolować prędkość. Po zwiadzie,  postanawia spróbować, ale pomija stromy początek.

11

Bartek ściągnął siodełko i ruszył. Chwile później zalicza lekką glebę, ale nie poddał się i pojechał dalej. Warunki trudne, bo niestety początek to trawers i do tego śnieg słabo ubity. Tłuściocha ciągnęło w bok, przez co nie tylko musiał jechać na obu hamulcach, ale też z wyciągniętą nogą. Mimo wszystko dał rady! Najlepszy był tekst turystów, których spotkał po drodze: "wszystkiego bym się tu spodziewał, ale nie roweru"... :) My z Michałem ruszyliśmy szlakiem. Spotykamy się wszyscy na dole pod gondolką, spod której ruszyliśmy już na parking. Dziś może wersja skrócona, ale i tak było fajnie! 

Weekend w Beskidach wykorzystany na 100%! Ekipa zmęczona, ale szczęśliwa. Słońce, mróz, śnieg, góry - zdecydowanie to lubimy!

Maciej Paterak