Wisła 1200 na tłusto cz.1

1

Wisła. Najdłuższa rzeka w Polsce i ostatnia dzika i nieuregulowana w Europie. Kiedyś chciałem ją całą przepłynąć pontonem, ale jakoś zawsze brakowało czasu. Kiedy przeczytałem o Maratonie Rowerowym Wisła 1200, wiedziałem, że to będzie idealna okazja do realizacji marzeń sprzed lat. Co prawda drogą lądową i na rowerze, ale może tak będzie ciekawiej? 

Jechać, czy nie jechać? Do ostatniej chwili gryzłem się z myślami, bo musiałem zarwać nieco urlopu, kiedy mam go jak na lekarstwo. Jednak możliwość przeżycia wyjątkowej przygody przeważyła i w ostatniej chwili opłaciłem wpisowe. No dobrze, tylko na czym? Rozsądek podpowiadał, żeby jechać ten maraton na lekkim góralu i najlepiej Fullu. Niestety mój nie był gotowy do takiego wyzwania, wymagał serwisu. Decyzja więc mogła być tylko jedna: biorę Fata! Pomysł może nieco szalony, ale wiedziałem, że to jest możliwe. Po za tym, tłuścioch bardziej nadawał się do obłożenia tobołkami od Fulla. 

wwwwww1

Sprzęt wybrany i gotowy, tylko jak się spakować? Po raz pierwszy wyruszałem na wyprawę kilkudniową, w dodatku nie wiedząc ile to potrwa. Pewne doświadczenie miałem już po kwietniowym Ultramaratonie "Piękny Wschód", ale to trochę inna bajka, bo tam nas karmili, poili i nawet dali miejsce do przenocowania, jeśli było trzeba. Tu byłem zdany całkowicie na siebie i własne siły. Pakunków musiało być więcej. Pomoc otrzymałem od azjatyckiej firmy FreeParable w postaci dwóch sakw montowanych na przednim widelcu - bardzo dobrze oceniany w świecie bikepackingu zestaw "Gorilla Cage". Zamiast bidonu zamontowałem całkiem pojemną torebkę Monkii Mono - również od FreeParable. Bidon powędrował na rurę podsiodłową. Na koniec doszła jeszcze torba mocowana na kierownicę. Udało się spakować niemal wszystko co trzeba - ciuchy, kosmetyki, prowiant, mini sprzęt biwakowy, narzędzia, zapasową dętkę - ale masa roweru zdecydowanie wzrosła.

Start miał się odbyć o 8:00 na Baraniej Górze u źródeł Czarnej Wisełki. Musiałem tam dotrzeć godzinę wcześniej, aby odebrać pakiet, wpisać się na listę i pobrać GPS do monitoringu online. Przy okazji mogłem skonsumować śniadanko, które ufundował organizator. Pozostały ostatnie przymiarki i czas zająć miejsce na starcie. Zainteresowanie rajdem chyba nieco przerosło oczekiwania "Ojca Dyrektora", to jest organizatora Leszka Pachulskiego, bo plac wypełnił się po brzegi. Sam start, mimo, że to pierwsza edycja, opłaciło ponad 200 osób!

w1

Mała trema, odliczanie i ruszamy! Pierwsze kilometry za pojazdem prowadzącym, po czym już wolni jak ptaki, rozpoczynamy mocny podjazd pod Stecówkę. Obciążonym rowerem to nie to samo co na lekko, ale idzie sprawnie. Zapewne chodziło o to, aby rozciągnąć stawkę jak najmocniej, zanim wjedziemy na otwarte drogi publiczne. Tak też się dzieję, a późniejszy zjazd koło Pałacyku Prezydenckiego dodatkowo pomaga. Po chwili męczarni, teraz mamy sielankę. Jazda non stop w dół. Prędkości chwilami przekraczają nawet 60 km/h i tak zlatują pierwsze kilometry, zanim na dobre opuścimy góry. Jest tylko jeden szkopuł: ten odcinek mnie nudzi, bo znam go na pamięć...

Sielanka kończy się tuż za Drogomyślem, gdzie wjeżdżamy na wały J.Goczałkowickiego. Teoretycznie równo i widokowo, ale ta nieskoszona trawa! Zielsko sięga chwilami brody! Mimo iż jadę gdzieś tam może pięćdziesiąty, przedzieranie przez chaszcze wymaga zaangażowania nie małych sił. Kiedy dodamy do tego duchotę, mamy pełen obraz pierwszej przeszkody. Źdźbła owijają się w zębatki i przerzutkę, a mi przelatuję przez głowę co raz dłuższa wiązanka słów na "K" itp. pod adresem naszego Organizatora. Rozumiem, że łatwo być nie może, ale czy konieczny był ten Busz? Czy musimy pozbierać wszystkie Kleszcze z najbliższej okolicy? Odcinek zdaje się nie mieć końca, tak jak i moje przemyślenia. Co raz więcej osób potrzebuje postoju, aby nieco odsapnąć. Dopiero po dotarciu do torów kolejowych, można złapać chwilę oddechu. Jednak nierówno ułożone płyty betonowe nie każdemu pozwoliły w pełni odsapnąć. Dopiero 3 km idealnego asfaltu na koronie Zapory Goczałkowickiej dają pełnie szczęścia, zwłaszcza dla tylnej części ciała. Jeszcze lepsze jest to, co czeka na jej końcu: budka z lodami! Zawinęli tu niemal wszyscy.

www5

Po krótkim odpoczynku i konsumpcji wyśmienitych lodów, ruszam w stronę Czechowic-Dziedzic, Oświęcimia i dalej do Krakowa. Tutaj mamy cały przekrój możliwych nawierzchni: od chaszczy i błota, poprzez wspinaczkę górską, do lekkich szutrów i równego asfaltu. Tempo wzrasta i jest nadzieja, że uda się wypełnić swój założony plan, który zakładał m.in. dotarcie do przeprawy na Dunajcu gdzieś w okolicach godziny 22, może 23. Tutaj wspomnę, że ten start chciałem wykorzystać do zdobycia kwalifikacji do następnego Ultramaratonu: MRDP Zachód (Maraton Rowerowy Dookoła Polski Zachód). Żeby ją zdobyć, musiałem przejechać w dwie doby minimum 600 km. Trochę mocne wyzwanie jak na jazdę Fatem w sporej części terenem. Ale według moich obliczeń, trzymając równe i spokojne tempo, również pierwszej nocy, powinno się udać. Tyle teoria...

Potwierdzenie, że jazda idzie sprawnie, otrzymuję gdzieś w połowie drogi między Oświęcimiem a Krakowem. Tutaj spotykam naszego Ojca Dyrektora, który dowiózł nam nieco wody mineralnej na trasę. Słyszę od niego: "nieźle pociskasz, jesteś tak około trzydziestego miejsca". Wow! Mały szok dla mnie. Byłem przekonany, że jestem gdzieś pośrodku stawki. To dodaję motywacji, aby nie marudzić.

w2

Gdzieś przed Krakowem zatrzymuję się na dotankowanie płynów. Podobnie robi sporo zawodników, bo to pierwszy sklep od dłuższego czasu. Niestety tutaj łapie nas ulewa i za namową bardziej doświadczonego kolegi, decyduję o przeczekaniu nawałnicy. Powinna trwać max 2 godziny. Trochę mi to rozbija plany, ale warto uczyć się taktyki od lepszych. Jeszcze nie wiedziałem jak bardzo trafna to była decyzja. Pani sprzedawczyni prawie zamykała interes, kiedy My zaczęliśmy rozmowę na temat jedzenia... Padają pytania typu: "nie ugotowała by nam Pani pierogów? Odpowiednio zapłacimy". Jeden z kolegów bardziej śmielej: "co ma pani w lodówce?" Pani uległa strudzonym kolarzom, wzięła dwie paczki pierogów z zamrażarki, trochę cebulki i udała się do swojej "kuchni polowej". Niedługo po tym zaprosiła nas do wewnątrz i podała pięknie przyrządzone i wyśmienite danie. Jakby tego było mało, zaoferowała nam nocleg! Pewnie byśmy skorzystali, ale to za wcześniej. Trzeba tyrać dalej.

w3

Nawałnica przeszła szybko, tak jak wskazywały prognozy. Ponownie ciśniemy przez chaszcze, tudzież znośne szutry. Dopiero po dotarciu do Autostrady A4 przeprawiamy się na drugą stronę Wisły klimatycznym mostkiem i wpadamy na długi, idealny i szybki odcinek asfaltowy. Mniej więcej od sklepu jadę w większej, mniejszej grupie. Jest raźniej i szybciej uciekają kilometry, ale powoli zapadający zmrok pokazuję mi, jaką mam obsuwę czasową. Pozostaje nadrabiać nocą, byle do Dunajca. Dłuższa przerwa wyraźnie mi pomogła nabrać sił, ale zdecydowanie opóźniła marsz. Trochę z niepokojem odliczam kilometry i czas.

Znakomite asfalty kończą się gdzieś na wysokości Wieliczki. Ponownie ciśniemy przez chaszcze, w dodatku mokre i po ciemku. Ponownie zastanawiam się, co za masochista to wymyślił? Wielbiciel biczowania? Powoli, ale jakoś brniemy do przodu. Kilka kilometrów i znowu mamy piękną rowerostradę. Późna pora powoduję, że wielu robi postój i kima w krzakach. Są i tacy, co wykorzystują ciepły asfalt... Gdzieś około północy znajdujemy idealne miejsce na popas. Kawałek asfaltowego pobocza pod dużą lampą. Niestety, podczas konsumpcji ta tak po prostu gaśnie. Jakby nie mogła wytrzymać jeszcze te 10 minut! Czy to piątek trzynastego? Pozostaje pozbierać manele i ruszyć dalej w drogę. Kolejny cel to stacja benzynowa na objeździe przeprawy promowej. która była częścią trasy, ale ze względu na czas, była już zamknięta. Mieliśmy do wyboru spanie przed Promem, lub 30 km objazdu. Wybieramy to drugie. Przynajmniej będzie można uzupełnić płyny i zjeść coś ciepłego. Taka opcję wybrało też kilka innych zawodników. Tylko dojazd do mostu strasznie się ciągnął. "Kiedy będzie ta cholerna stacja"- przewija się przez głowę.

w4

Pit Stop na Orlenie wyraźnie pomógł. Zbieramy się i ruszamy, aby ten objazd miał jakiś sens. Gdzieś w okolicach 5:15 mijamy przeprawę od drugiej strony, czyli zysk niewielki, ale dla mnie najważniejsze, że przybywa kilometrów na liczniku. Ponownie mamy długi odcinek wyśmienitego asfaltu. Muszę przyznać, że Małopolska to jasny punkt na mapie jeśli chodzi o szlaki rowerowe. Choć trochę nudno się robi, kiedy tak patrzę na tą wstęgę asfaltu po horyzont.

Gdzieś tam ok 7 rano postanawiamy zjeść coś ciepłego. Niestety restauracje, jeśli w ogóle są, to zamknięte. Ratunkiem okazuję się Targ w Szczucinie. Tam barów nie brakuję i za niewielkie pieniądze można syto zjeść. Tutaj miała miejsce kolejna historia, o której warto wspomnieć. Podczas konsumpcji podszedł do nas Bułgar, który tu handluję. Dopytywał się z zaciekawieniem o tłuściocha, jak i o nasze zawody z lekkim niedowierzaniem. Pięknie mówił po polsku, więc rozmowa była przyjemna. Jednak czas nas gonił i trza było jechać. Szybkie gramolenie i w trasę. Wyjeżdżam jakieś 2 kilometry w stronę trasy, po czym orientuję się, że zapomniałem zabrać torebki, w której miałem portfel, telefon, karty itp... Szybkie zawiniątko i cisnę co sił w nogach! Szybko docieram do felernego miejsca, a tam owy obywatel Bułgarii z uśmiechem na twarzy wręcza zgubę. Najbardziej niezwykłe, że starał się obdzwonić do kogo się da, żeby mnie odnaleźć i nawet był gotowy za mną pojechać! Powiedział: "sprawdź czy wszystko jest". Na co ja: "Pan jest uczciwy człowiek, nic nie będę sprawdzał". Po czym wręczyłem takie 50 zł z wdzięczności za uczciwość i ruszyłem w trasę. Wspaniały człowiek, który uratował mój wyjazd!

w5

Gdzieś za Szczucinem robi mi się żal kolegi, który solidarnie jechał ze mną, choć mógłby szybciej. Nie posiadał nawigacji, więc głupio mu było tak po prostu odjechać, kiedy wcześniej w nocy korzystał z mojej. Zdjąłem z niego to brzemię i sam zaproponowałem, żeby dołączył do szybszej grupy. Fatem na asfaltach nieco odstawałem i go spowalniałem, a tych było tu sporo. Dopiero po opuszczeniu woj, Małopolskiego, ponownie wpadłem w chaszcze, pola i inne terenowe "atrakcje". Do tego tempo spadło, a mi zaczęło brakować wody. Minęło mnóstwo kilometrów, zanim dotarłem do jakiegoś sklepu. Zlekceważyłem wcześniej dogodny punkt zaopatrzeniowy i przyszło mi słono za to zapłacić. Na szczęście w okolicach Sandomierza jest mnóstwo sadów owocowych... ;)

Sandomierz i wreszcie prawdziwa restauracja. Wygłodniały wcinam od razu 2 schabowe! Dopiero wtedy czuję się nasycony. Również głowa została doładowana pozytywnymi emocjami. Dobrze zrobiłem, bo kawałek dalej czekała atrakcja specjalna: wspinaczka skałkowa! Tak, to nie przesada. Jakby tego było mało, ja przez przypadek zaliczam trudniejszy wariant, którym poprowadziła mnie moja "niezawodna" nawigacja. Jakimś cudem daję rady pokonać ten odcinek, ale ostre roślinki pozostawiają trwałe ślady na skórze. Nie tylko u mnie - wiele osób przeklinało ten odcinek. Ale co Cię nie zabiję, to Cię wzmocni! Tak się pocieszałem. Jednak kiedy stałem tak na wąskiej ścieżce z ciężkim rowerem, a obok była stroma skarpa i dobre kilkadziesiąt metrów spadku w dół, trochę miękły nogi, a w głowie przechodziło mnóstwo niecenzuralnych określeń pod adresem pomysłodawcy: "Jeden poślizg i lecę! Kto to wymyślił?! Czy kogoś dokumentnie porąbało?! Na cofkę nie ma szans, może wezwać TOPR?"...

www2

Foto: Wisła1200

Trochę szybkiego asfaltu i ponownie jadę na przemian wałami, pod wałami, chaszczami, a czasem nawet przyzwoitymi asfaltami. Powoli zbliża się wieczór i czas na zasłużony wypoczynek. Jednak zanim będę mógł sobie na to pozwolić, muszę jeszcze nawinąć jak najwięcej kilometrów - kwalifikacje! Niestety teren mi tego nie ułatwia. Owszem, teraz sporo asfaltów, ale za to jakie górki! Bywa, że zsiadam z roweru, bo tempo i tak spada do wartości uzyskiwanych przez pieszego. Dobra okazja, żeby odpoczęła tylna część ciała, która już nadto cierpiała. "Ale się nad nami znęcają! Przecież rzeka nie płynie pod górę" - przechodzą przez głowę kolejne złote myśli. Najbardziej martwi jedynie ogólne tempo. Już wiem, że tego dnia na pewno nie zamknę wynikiem 600 km. Mógłbym zarwać nockę, ale druga z rzędu i do tego w nieznanym terenie? Może być więcej szkód niż zysku. Decyzję o szukaniu noclegu przypieczętuję drobna burza, która łapie mnie w Janowcu: "świetnie, czas na kąpiel". ;) Jest godzina 21 z groszami, a tu niezła lipa! Zatrzymuje się w jednym miejscu, ale nikt z właścicieli nie raczył choć wyjść i poinformować o braku miejsc. Dalej Pani była skłonna mnie przyjąć, ale nie było gdzie przechować roweru. Kiedy już zdołowany miałem się udać pod wiatę przystankową, trafiam na kolejny Pensjonat. Jest godne miejsce dla tłuściocha i całkiem przyjemny pokoik dla mnie! Cud! W ostatniej chwili. Dobre 38 godzin jazdy niemal non stop wymagało dobrego wypoczynku i taki też miałem. Załapałem się nawet na końcówkę meczu Rosja-Chorwacja, choć teraz musiałem się uwinąć z posiłkiem, kąpielą i szybkim przepakowaniem na dzień kolejny. Ech, kiedy człowiek zmęczony, wszystko ciężko przychodzi, ale nawet średni pokój jest mega luksusem!

w6

Wstaję bez budzika 4:00, chyba Adrenalina działa. Ała! Ale boli! Czuję się marnie i od razu zastanawiam, jak mam pokonać 1200 km, kiedy już teraz ledwie daję rady wstać? Na liczniku ok 550 km, a do upływu drugiej doby jakieś 3 godziny. Gramolenie zajmuje więcej niż założyłem, a do tego za Janowcem od razu trudny odcinek specjalny. Trudny w sensie utrzymania odpowiedniej prędkości, bo normalnie byłaby zabawa. Jakby tego mało, zaliczam glebę i nieomal wpadam do wody. Czasem nieoczekiwaną przeszkodą są samochody, które jadą wolniej ode mnie. Wyprzedzić się nie dadzą... Kiedy mija 8:00 staje się jasne, że równych 600 km nie dokręcę. Braknie jakieś niecałe 20 km... Było blisko, ale tym razem na tarczy, choć tłuściochem 580 km w dwie doby, w terenie, czy to porażka? Mniejsza o to, teraz trzeba walczyć o kolejne kilometry! Jak to mówią (i w temacie): "nie cofnę kijem Wisły". ;) 

w9

Trudno mi opisać, ile jeszcze minąłem sadów, chaszczy, wałów, placów budowy dróg itp., najważniejsze, że taki psychologiczny punkt - Warszawa - był co raz bliżej. Tutaj jeszcze muszę wspomnieć o wspaniałych ludziach, którzy tak całkiem bezinteresownie stanęli z wodą, stojakiem serwisowym rowerowym przy trasie i nas wspierali. Chyba każdy zawodnik zapamięta te wyjątkowe osoby! Wyjeżdżasz z lasu, zmęczony, wypompowany, a tu pełne wiadro wody z cytryną! Coś wspaniałego! Gotowi nie tylko napoić, ale też pomóc w przypadku usterki technicznej. Dodam jeszcze, że była to niedziela nie handlowa i do tego miejsce odległe od większych metropolii.

w12

Jakieś 50 km przed Warszawą trafiam jeszcze na znakomitą "Restaurację u Zosi". Wypasione porcje, syte, w bardzo atrakcyjnych cenach! Nic dziwnego, że chyba każdy zawodnik zatrzymał się na dłużej. Zwłaszcza, że chwilę dalej musieliśmy się przedzierać przez chaszcze do samej Warszawy, gdzie podobno grasował 6-metrowy Pyton! Na szczęście wtedy nic mi o tym nie było wiadomo. Bardzo długi singiel, który czasami przebiegał nad samymi urwiskami, był nawet dość przyjemny, ale wymęczający. Miałem już wtedy grubo ponad 700 km w nogach! Trudno opisać przyjemność, kiedy tak wyjechałem z gęstych zarośli na wybrukowaną ścieżką rowerową i mogłem tak po prostu śmignąć do centrum miasta, zjeść co chcę i nawet napić się piwa. Przyjemny moment! Rozpierała mnie pozytywna energia: "yes yes yes! Ponad połowa za mną! Teraz to już będzie z górki! Do końca jedynie 500 km, dam rady!" Miałem jechać dalej, ale ostatecznie, ze względów logistycznych, zdecydowałem zostać w Stolicy. Nawet zrobiłem sobie małą rundkę po centrum, bo dawno mnie tu nie było. Piękna ta Warszawa. Nie wierzę jeszcze, że tu dotarłem i nadal mam siły jechać! Teraz to już tylko jakiś kataklizm mógłby mnie zatrzymać!

www10

Maciej Paterak